Ponieważ w 1979 roku przeniosłem biuro The New York Times z Belgradu do Warszawy, pytano mnie później, czy redakcja, a może ja sam, przeczuwaliśmy, że w Stoczni im. Lenina wkrótce rozpoczną się polityczne wstrząsy, które przetoczą przez wszystkie zakątki kraju. Muszę uczciwie przyznać, że nie - o niczym nie wiedzieliśmy. Wedle mojego rozeznania, nie wiedział też o tym żaden zachodni dyplomata, z wyjątkiem pewnego wnikliwego przedstawiciela ambasady hiszpańskiej. Mówił on, że dostrzega narastanie społecznego wzburzenia, które będzie musiało znaleźć ujście. Z takim wzburzeniem zetknąłem się bezpośrednio raz w życiu, kiedy z początkiem 1980 roku przygotowywałem relację o wypadku w kopalni na południu kraju. Zaskoczyło mnie wtedy, jak otwarcie i ostro górnicy krytykują rząd. Jasne było, że go nie cierpią. Składałem to jednak wówczas na karb chwilowych emocji w sytuacji, gdy ich koledzy byli uwięzieni kilkaset metrów pod ziemią, i nie traktowałem tego jako zapowiedzi nadciągającej rewolty. Kiedy 1 lipca podniesiono ceny mięsa, wywołując falę spontanicznych strajków, które choć oficjalnie się o nich nie mówiło, rozprzestrzeniały się niczym pożar lasu, zacząłem wyczuwać narastającą falę powszechnej wściekłości. Byłem też pod wrażeniem głębokiego zaangażowania KOR-u. Jednak w dniu, w którym Wałęsa przeskoczył przez płot na teren Stoczni im. Lenina, byłem za oceanem, w Ameryce. Szybko wsiadłem do samolotu i włączyłem się w bieg wypadków, które przez najbliższe półtora roku ani na moment nie miały stracić tempa.
Tłoczą się wspomnienia wydarzeń większych i mniejszych. Chwila, kiedy przybywam do siedziby strajkujących stoczniowców i przez megafon pada informacja: "New York Times przyłączył się do naszego strajku!", wzbudzając głośny entuzjazm. Wicepremier Mieczysław Jagielski podpisuje porozumienie z 31 sierpnia - nieszczęśnik poci się w świetle reflektorów jak początkujący aktor, a Wałęsa, z długim na 30 cm długopisem z wizerunkiem papieża Jana Pawła, tryumfuje. Niekończące się dyskusje, referenda strajkowe, przerost demokracji, wystąpienia przeciągające się długo poza ustalony czas. Adam Michnik na wiecu w Ursusie napomyka o groźbie sowieckiej inwazji, wykrzykując: "Nie żyjemy na księżycu". W innym krytycznym momencie Wałęsa podchodzi na sali do mnie i do korespondenta Prawdy z pytaniem, czy związek powinien ogłosić strajk (obaj odpowiadamy, że nie). I nagle stan wojenny, spadający na nas niespodziewanie, jak gdyby zatrzaśnięto drzwi. Aresztowania, godzina policyjna, blokady na drogach, odcięte telefony i teleksy, przemycane za granicę relacje. Starszy wiekiem polski pisarz tłumaczy mi przez szparę w drzwiach, że nie możemy już być przyjaciółmi, bo to zbyt niebezpieczne. Inna grupa przyjaciół, razem ze dwadzieścia osób, przezwyciężając strach, przychodzi do nas na sylwestra - wznoszą toast: "Szczęśliwego Nowego Jorku!" Nasza córka odpina odznakę "Solidarności" od zawieszonego na zewnątrz świątecznego wieńca, za co zostaje skarcona przez majstra, który wykonuje u nas jakąś drobną naprawę: "Zakazali, to zaraz ci się przestało podobać". I wreszcie scena ostatnia: wyjeżdżamy z Polski, córeczka ociera łzy, a polską celniczkę tak wzrusza ten widok, że bierze ją na ręce i mocno przytula.