Wprowadzenie: Maciej Łukasiewicz
Prowadzenie: Jan Skórzyński
Uczestnicy: John Darnton, Michael Dobbs, Bradley
Graham, John Tagliabue, Jacek Żakowski
Maciej Łukasiewicz: „Rząd i media.
Partnerzy czy przeciwnicy?” - temat, o którym
mamy dzisiaj mówić wraz z naszymi amerykańskimi
oraz wschodnioeuropejskimi kolegami uważam za
kluczowy dla systemu demokratycznego. Jeżeli jest
bowiem jakaś dziedzina czy sfera życia publicznego,
w której skupiają się jak w soczewce wszelkie
niedomagania i schorzenia demokracji, to jest nią świat
mediów. Można zaryzykować tezę, że to wolność
mediów jest najlepszym papierkiem lakmusowym
demokracji. To od stopnia tej wolności zależy jakość
systemu demokratycznego. Niezależne dziennikarstwo
przeszkadza każdej władzy. Wpierw, przez wiele
dziesięcioleci, żyliśmy w systemie, który wolność
słowa miał w głębokiej pogardzie, a z cenzury
prewencyjnej uczynił jeden z bastionów dyktatury.
System komunistyczny niczego tak się wszak nie obawiał,
jak wolnego głosu obywateli, swobodnie i publicznie
wyrażanej opinii na jakikolwiek temat. Komuniści
bali się prawdy, gdyż ich reżim zbudowany był na kłamstwie.
To dlatego z tak zaciekłą i brutalną odpowiedzią
spotkało się hasło manifestujących polskich
studentów z 1968 roku, którzy wywieszali na murach
strajkujących uczelni transparenty z napisem
„Prasa kłamie”. Trzeba było jeszcze
kilkunastu lat, i kilku siłą zdławionych wolnościowych
zrywów, żeby tworzące się środowisko opozycji
demokratycznej w Polsce doszło do genialnego w swej
prostocie wniosku, że skoro oficjalna prasa kłamie,
wydawajmy własną. Naturalnie ten pomysł nie narodził
się nad Wisłą. Naszymi poprzednikami na tej drodze
byli rosyjscy dysydenci i samizdat. Oni poddali pomysł,
a myśmy, jakże ambitnie i twórczo, ten pomysł
rozwinęli. Wydawane w Polsce w końcówce lat 70-tych
i przez całą dekadę lat 80-tych, poza zasięgiem
cenzury, jak dumnie głosiła formuła drukowana na każdym
egzemplarzu, książki i czasopisma, choć początkowo
rozchodziły się w niewielkim kręgu, od razu zyskały
walor nie do przecenienia – wysokiej,
profesjonalnej, intelektualnej jakości. Ich
informacyjna i publicystyczna oferta stanowiła
wielkie wyzwanie dla prasy oficjalnej, która, chcąc
nie chcąc, musiała obecność tej niespodziewanej
konkurencji brać pod uwagę. Sądzę, że można
postawić tezę, iż to dzięki bardzo rozbudowanej w
latach 80-tych prasie podziemnej, która obok strajków
i manifestacji była główną formą aktywności
ruchu „Solidarności”, tak że ta
naziemna, kontrolowana całkowicie przez partie, musiała
rozluźnić informacyjną barierę i dopuszczać do głosu
poglądy nieco mniej ortodoksyjne. Pracujący w niej
dziennikarze zyskali wówczas nieco większą swobodę,
jak z niej skorzystali, to już inna sprawa.
W latach 70-tych i 80-tych stosunki miedzy niezależnymi
mediami a władzą były zupełnie klarowne. Role były
rozdzielane aż nadto wyraźnie. Po jednej stronie był
aparat propagandy i represji, po drugiej, z początku
nieliczne i słabe, a potem coraz szerzej czytane
gazety i czasopisma solidarnościowej opozycji.
Przypomnijmy w tym miejscu, że nakład największej
polskiej gazety podziemnej, „Tygodnika
Mazowsze”, sięgał kilkudziesięciu tysięcy
egzemplarzy. Cały ruch podziemnych wydawnictw w
Polsce w latach 80-tych był fenomenem w całej
historii bloku komunistycznego od początku jego
istnienia. Pamiętajmy, że łącznie ukazywało się
wówczas ponad 1500 gazet i czasopism, dodajmy do tego
około 5000 tytułów niezależnych książek. Istotą
wzajemnego stosunku tych dwóch światów był
konflikt, faktycznie nie do przezwyciężenia. Zakończyć
go mogło jedynie zwycięstwo jednej lub drugiej
strony. Gdy w 1989 roku to zwycięstwo nadeszło, a
demokratyczna opozycja zamieniła więzienne cele na
poselskie fotele i ministerialne gabinety, wydawało
nam się, że jeśli nawet nie do końca wiemy, jak
reformować gospodarkę i sprawnie administrować państwem,
to przynajmniej doskonale wiemy, jak budować niezależne
media.
Czas i bezlitosne prawa rynku boleśnie zweryfikowały
to przekonanie. W sferze prasy, która jest mi znana
najlepiej, nie przetrwał żaden, oprócz
„Gazety Wyborczej”, z nowych tytułów,
powoływanych do życia na przełomie lat 80-tych i
90-tych przez środowiska wywodzące się z ruchu
„Solidarności”. Większym sukcesem zakończyły
się przekształcenia państwowych gazet,
kontrolowanych przez komunistów, w media coraz
bardziej niezależne i coraz bardziej prywatne.
Historia gazety, którą redaguję,
„Rzeczypospolitej”, jest w tej mierze
nienajgorszym przykładem. Nauka z tej historii jest
jasna – niezależność gazety jest prostą
pochodną od formy jej własności. Im mniej państwa,
tym więcej wolności w mediach. Sytuacja, w której
państwo jest właścicielem, lub choćby tylko współwłaścicielem
gazety, zawsze rodzi wielką pokusę ingerencji w jej
linię redakcyjną. Pokusę, z którą jedne ekipy rządowe
radzą sobie lepiej, inne gorzej, ale wszystkie ją
niewątpliwie odczuwają.
Wiem, o czym mówię, bowiem jako redaktor
„Rzeczypospolitej” miałem do czynienia ze
wszystkimi polskimi rządami po 1989 roku.
Transformacja naszej gazety z organu rządowego w
dziennik niezależny przebiegała w rytmie podobnym do
przemian polskiej gospodarki. Rozpoczęta odważną
decyzją premiera Jana Krzysztofa Bieleckiego o
prywatyzacji połowy udziałów i zaproszeniu
inwestora zagranicznego, przyniosła radykalną poprawę
technicznej jakości pisma. Co jeszcze ważniejsze,
udało nam się bardzo szybko wprowadzić wysokie
standardy dziennikarskie, i z gazety, której
podstawowym zadaniem było przekazywanie społeczeństwu
opinii i decyzji rządu uczynić dziennik informujący
bezstronnie o najważniejszych wydarzeniach w kraju i
na świecie. Czytelnicy przyjęli to jak najlepiej, chłodniejsza
była reakcja po stronie rządowej. Ileż było
pretensji i żalów, kiedy w
„Rzeczypospolitej” krytykowaliśmy posunięcia
kolejnych gabinetów, gdy ujawnialiśmy korupcyjne i
polityczne afery z udziałem członków ekip rządzących.
Jak się okazało, polscy politycy, tak chętnie
deklarujący poparcie dla wolności mediów, w
praktyce nie byli i nie są gotowi do bezwzględnej
realizacji tej zasady. I chyba właśnie dlatego
„Rzeczpospolita” do dziś nie została do
końca sprywatyzowana, i nadal, jak dziwaczny relikt
minionej epoki, należy w 49 procentach do państwa. A
w kręgach władzy znów pokutuje przeświadczenie,
niedawno wyrażone publicznie przez jedno z najważniejszych
ministerstw, że jako gazeta w dużej mierze państwowa
mamy obowiązek wspierać politykę rządu, a
przynajmniej otwarcie jej nie krytykować. Głosy
oburzenia, dobiegające z rządowych gabinetów po
naszych kolejnych publikacjach ujawniających to, co
miało pozostać ukryte, specjalnie nas nie martwią.
W poczuciu dobrze wypełnionej misji upewnia nas fakt,
że równie krytyczne, piętnujące antyrządowe
nastawienie „Rzeczypospolitej” głosy,
odzywały się również za rządów poprzednich
koalicji. Prawdę mówiąc, byłoby znacznie bardziej
niepokojące, gdyby nagle zaczęto nas chwalić. Ta
reguła dotyczy oczywiście wszystkich mediów. Bowiem
konflikt między światem niezależnego dziennikarstwa
a światem polityki jest wpisany w system
demokratyczny. Konflikt ten może przybierać różne
rozmiary – od głośno wyrażanego
niezadowolenia po próbę ograniczenia niezależności
gazet. Ze wszystkimi tego przejawami mieliśmy do
czynienia w krajach, które na gruzach komunizmu budują
od 1989 roku demokrację i wolny rynek. W niektórych,
jak na Białorusi, wygrała władza, a niezależność
gazet została praktycznie zlikwidowana. W innych, jak
w Polsce, tradycje i osiągnięcia niezależnego
dziennikarstwa są na tyle mocne, a przemiany rynkowe
na tyle zaawansowane, że nie da się już wrócić do
czasów prasy sterowanej przez władzę, jakakolwiek
by ona nie była.
Dyskusja
Rząd i media. Partnerzy czy przeciwnicy?
Jan Skórzyński: Tytuł naszej dyskusji brzmi:
„Rząd i media. Partnerzy czy
Przeciwnicy?” Maciej Łukasiewicz przypomniał
nam jak te stosunki układały się w czasach
komunizmu, i pamięć o tych czasach pozwala nam na
sporą dozę optymizmu. Gorzej na pewno nie będzie.
Ale wiemy własnego doświadczenia, że w czasach
powrotu do demokracji, z którymi dzisiaj mamy do
czynienia, stosunki miedzy światem dziennikarzy a światem
polityków układają się różnie. Zwłaszcza dzieje
się tak w krajach, które wyszły z komunizmu w ciągu
ostatniej dekady. Chyba obie strony - i dziennikarze i
politycy - dopiero uczą się odgrywać swoją rolę.
Wydaje mi się, że jednak dziennikarze uczą się
szybciej, że media lepiej od rządów zdają ten
egzamin. Czy tak jest rzeczywiście i czy niezależna
prasa w jakiejś mierze jest skazana na konflikt z rządem?
Jako pierwszy głos zabierze Bradley Graham z
dziennika „Washington Post”, który pisał
o władzach lokalnych i stanowych, o sprawach
gospodarczych a obecnie zajmuje się sprawami armii i
wojska..
Bradley Graham: Od dziesięciu lat zajmuje się
sprawami Pentagonu. Wcześniej pracowałem za granicą,
w tym ponad trzy lata przebywałem w Polsce. Muszę
powiedzieć, że jest wiele podobieństw pomiędzy obsługą
Pentagonu, a pracą korespondenta zagranicznego. Tym,
co łączy jest pewna specyficzna kultura: własny żargon,
swoisty język. Wiele osób w Stanach Zjednoczonych
zastanawia się, co tak naprawdę tam się dzieje.
Ilekroć idę przeprowadzić wywiad z jakimś
przedstawicielem Pentagonu z wyższego szczebla, to
widzę tłum otaczających go doradców - ośmiu,
dziewięciu. Wówczas przypominają mi się wywiady z
przedstawicielami władzy w komunizmie. Oni zawsze
byli otoczeni grupą doradców i zawsze był włączony
dodatkowy magnetofon. W Pentagonie zawsze w
pomieszczeniu, w którym odbywa się wywiad, jest
umieszczony magnetofon. Ja też wyrobiłem sobie
zwyczaj przynoszenia własnego magnetofonu. Czasami
powstają absurdalne sytuacje. Pamiętam swoją rozmowę
z zastępcą sekretarza generalnego Departamentu
Obrony. Towarzyszący jemu dwaj doradców wyjęli
swoje magnetofony, ja wyjąłem swój i vice-sekretarz
wyjął swój. I zauważyłem pewną prawidłowość:
im więcej jest włączonych magnetofonów, tym mniej
znaczące wypowiedzi padają na sali.
Swoje uwagi chciałbym skoncentrować na relacjach
pomiędzy wojskiem, sektorem obronnym i mediami. To
trudny obszar współpracy z rządem. Chyba jedynie
obsługa służb wywiadowczych jest bardziej
skomplikowana ze względu na poziom poufności i niechęci.
Skoro nasz naród znajduje się dzisiaj w stanie wojny
z terroryzmem a poparcie dla wojny z Irakiem jest duże,
to wyrażenie „zamknięte usta” czy
„zaciśnięte usta” nabiera nowe
znaczenie. Opisuje bowiem stosunek przedstawicieli rządu,
szczególnie przedstawicieli Pentagonu do prasy. Wcześniej,
dawno temu, w czasie II Wojny Światowej, relacje były
odmienne. Inaczej wyglądała współpraca mediów i
wojska w Stanach Zjednoczonych. Korespondenci zajmujący
się obsługą frontu, często noszący mundury, byli
głęboko zaangażowani. Charles Collin, pracujący
dla CBS, po wylądowaniu na plaży Omaha szukał
wysokich rangą oficerów, którzy mogliby mu
powiedzieć, jaka jest sytuacja. Zobaczył człowieka
ubranego w mundur marynarki, podbiegł do niego,
powiedział: „Jestem Collin, chciałbym się
dowiedzieć jak ta operacja przebiega, co się
dzieje?” I usłyszał: „Słuchaj, żebym
ja to wiedział”. Te czasy dawno się skończyły.
Nie chodzimy w mundurach lotnictwa, piechoty czy
marynarki wojennej i mamy szczęście, jeżeli w ogóle
dotrzemy do jakiegoś oficera.
Dawne zasady współpracy istniały jeszcze w czasach
wojny koreańskiej. Zmiana nastąpiła podczas wojny w
Wietnamie. Opinia wojska była inna, niż opinia społeczeństwa.
Powstała jakaś luka w zaufaniu. I jeszcze była
afera Watergate. Zmieniło się zaufanie społeczeństwa
do rządu. Zaszła też zmiana pokoleniowa. Prasa stała
się siłą, która nie tylko krytykuje, nie tylko
omawia, ale też śledzi, wyszukuje to, czego rząd
dopuścił się w sposób niewłaściwy. Jeżeli mówimy
tutaj o stosunku mediów i wojska, to należy też
przywołać dodatkowe czynniki powodujące
nieuniknione tarcia. Reprezentujemy różne kultury
polityczne i inne sposoby zachowań. Jesteśmy -
dziennikarze - liberalni, a wojsko jest konserwatywne.
W większości mamy niewielki kontakt z wojskiem. Po
drugiej stronie są zaś ludzie, którzy całe życie
poświęcili wojsku, ponieważ amerykańska armia jest
dobrowolna. Oni są w wojsku od dwudziestu lat, a my,
delikatnie mówiąc, jesteśmy trochę anarchistami.
Poza tym po obu stronach zachodzą zmiany
instytucjonalne. Ich istota, a także technologie
wykorzystywane przez jedną i drugą stronę, powodują
powstanie dodatkowych obszarów konfliktów. Wymienić
wystarczy wszechobecność mediów wspieranych przez
satelity i internet, ostrą konkurencja pomiędzy
rozmaitymi stacjami, interpretacyjny charakter kultury
przekazywania wiadomości. Z drugiej strony, zmienia
się istota wojny, doktryna wojenna, trudno jest śledzić
wydarzenia, wojna rozgrywa się przede wszystkim w
powietrzu, gdzieś za horyzontem. Reporterowi trudno
dotrzeć do linii frontu, on na poczucie, jakby szedł
na wojnę z zawiązanymi oczami. W 1999 roku w Kosowo
nie wiedzieliśmy, ile jest samolotów w powietrzu,
ile mają zrzucić bomb, jakie są cele. Podobnie było
na początku w wojny w Afganistanie.
Istota wojny a terroryzmem znowu jest odmienna.
Sekretarz Obrony Donald Rumsfeld mówi nam, że
widzimy tylko szczyt góry lodowej. To, co się dzieje
w Afganistanie i w kilku innych miejscach, to mniej niż
50 procent wydarzeń na tej wojnie. O pozostałych
wszyscy milczą, nikt nie chce się wypowiadać.
Oczywiście Rumsfeld, który chce wszystko kontrolować,
stał się głównym informatorem prasy. I korzysta z
tego prawa nie tylko, żeby przekazywać informacje,
ale także nas stłamsić, obniżyć rangę naszej
pracy, a nawet trochę nas zastraszyć. To, co on mówi
na temat informacji poufnych i zaklasyfikowanych do
kategorii informacji najbardziej tajnych, ochładza
nasze stosunki i naszą współpracę.
Chciałbym zadać zatem pytanie, w jaki sposób
dziennikarz może sobie radzić w takim otoczeniu? Czy
jesteśmy - władza i dziennikarze - przyjaciółmi?
Czy jesteśmy wrogami, adwersarzami? Nie wiem. Ja nie
funkcjonuję w układzie „my”,
„oni”, „wrogowie”. Staram się
być bezstronny, neutralny, wyważony. Zresztą nie
zajmuję się znajomościami, nie zajmuję się przyjaźniami,
nie tu tkwi istota mojej relacji z Pentagonem. Chcę
po prostu mówić prosto z mostu, bez uwzględniania
żadnych partykularyzmów, z wyjątkiem jednego -
poszukiwania prawdy. My wszyscy zajmujemy się jej
poszukiwaniem. Chociaż mamy lepsze i gorsze dni, sądzę,
że nasza bezstronność jest najbardziej poszukiwana
przez społeczeństwo i tak powinno pozostać.
Jan Skórzyński: To, co Bradley Graham mówił
o przyjaźni z politykami, przypomina nasza sytuację
u początku lat 90-tych. Wówczas polscy niezależni
dziennikarze mieli bardzo wielu przyjaciół wśród
polityków sprawujących władzę. Te czasy dawno minęły.
I to chyba dobrze. John Darnton, wieloletni
korespondent zagraniczny, autor relacji z Polski w końcu
lat 70-tych i w latach 80-tych, za które otrzymał
nagrodę Pulitzera, robił wszystko, aby jak najlepiej
wykonywać swoją pracę, a ówczesny rząd polski
robił wszystko, żeby to uniemożliwić.
John Darnton: To, co widzę dzisiaj w Polsce,
po tylu latach nieobecności, przekonuje mnie, że
nasza praca przed laty miała sens. Nie chce tu snuć
wspomnień, przywołam tylko jeden incydent. Do Polski
przyjechałem z Afryki, nie znałem tego kraju, jego
historii, języka, kultury. Dlatego też chętnie
rozmawiałem z taksówkarzami. Pewnego razu - był rok
1979 - wsiadam do taksówki, słyszę wiadomości i
widzę jak ten kierowca z taką pogardą wyłącza
radio. Łamaną angielszczyzną zapytał mnie skąd
jestem. Odpowiedziałem jemu, że z Nowego Jorku. A on
na to mówi: „pojechałby do Nowego Jorku, słyszałem,
że to piękne miasto i w ogóle nie ma tam przestępczości”.
Ja na to: „dlaczego uważa Pan, że nie ma u nas
przestępczości, ponieważ nie jest akurat największy
atut Nowego Jorku”. „Pewno nie ma przestępczości
- odpowiedział - ponieważ my ciągle słyszymy w
polskim radio, że tam jest przestępczość”.
Rząd spowodował, że nie wierzono we wszystko, o
czym mówiono w radiu czy w telewizji. Wszystko było
na odwrót. Wielokrotnie słyszałem, że Polacy przez
wiele lat nie wierzyli we wszystko, co było napisane.
Nie wierzono w kalendarze, w rozkłady jazdy. Wszystko
było podejrzane, zaś wszystko co pisała prasa
zachodnia - niestety - było obdarzane zbyt wielkim
zaufaniem. A przecież my także popełnialiśmy błędy.
Podczas strajku w stoczni w 1980 roku byliśmy w Gdańsku,
rozmawialiśmy z ludźmi, chcieliśmy „złapać”
atmosfera tych wydarzeń. Pojawiły się wówczas
ulotki informujące, że robotnicy postanowili przeciągnąć
ten strajk, zaś na pierwszej stronie jakiejś
tamtejszej gazetki ukazała się wiadomość:
„Stoczniowcy wracają do pracy”.
Zastanawiałem się, jak można wierzyć, że uda się
przekonać ludzi, że zrobili coś, czego wcale nie
uczynili. Myślę, że nie ma nic gorszego niż
niezrozumiałe kłamstwo. To jest kłamstwo, które
napędziło nienawiść do rządu. Przecież istnieje
naturalna potrzeba uczciwej informacji. Każdy czuje,
gdzieś podskórnie, że jej nie otrzymuje. Może ta
potrzeba nie jest tak silna, jak potrzeba oddychania
czy jedzenia, ale jest gdzieś w człowieka wbudowana.
Mój przyjaciel Andrzej Wróblewski powiedział mi wówczas:
wy, zachodni dziennikarze macie łatwą robotę,
stoicie z boku, przekazujecie informacje i nie angażujecie
w bieżącą walkę, inaczej niż Polacy. My co chwilę
musimy sprawdzać swój moralny szkielet. Wy piszecie,
boicie się najwyżej, że coś wam wytną. My się
boimy, że nam cos dodadzą. To prawda, w pewnym
sensie mieliśmy ułatwioną sytuację, ale myśląc o
tych wydarzeniach, można powiedzieć, że z cenzurą
można było sobie poradzić. Było wiadome co
przejdzie, co zaś nie. Łatwo było rozmyć
odpowiedzialność. Wszyscy wiedzieli, że wina nie
spada na dziennikarza, tylko na cenzora. A to wydawcy
byli największymi cenzorami. Oni wiedzieli co się święci,
co się drukuje w Polsce. A wszystko było
przedstawione w kolorze białym lub czarnym. Wiadomo
było, że opozycja to opozycja, a strona rządowa
stroną rządową. Łatwo było dokonywać wyborów
moralnych. Stanowisko, które się przyjmowało było
następstwem wydarzeń.
Dzisiaj sytuacja zmieniła się. Żyjemy wszyscy w
kakofonicznym świecie. Pojawiają się nowe problemy.
Najważniejszym, kluczowym w świecie mediów jest
kwestia własności. Tego, kto jest właścicielem
mediów i na co możemy sobie w tym układzie własnościowym
pozwolić. „Washington Post” chciał
zajmować się aferą Watergate. Inny właściciel zaś
mówi, nie zajmujcie się aferą Watergate, opisujcie
Virginię. Druga sprawa to korporacje. Czy są to
przedsiębiorstwa zajmujące się różnymi kanałami
medialnymi? W tej chwili, w Polsce, żyjecie w świecie
szarym, nie zaś biało-czarnym. Jest to wspaniały świat
braku wyrazistych granic. „New York Times”
maczał ręce w dość nieprzyjemnym incydencie - myślę
tu o sprawie Zatoki Świń. Reporter gazety, z dużym
wyprzedzeniem odkrył plany inwazji na Kubę.
Dowiedział się o tym w Miami od tamtejszych imigrantów.
Powiadomił redakcje w Nowym Yorku, że za tydzień będzie
miała miejsce inwazja. Przedstawiciele rządu
powiedzieli, że upublicznianie tej informacji jest
wbrew interesom państwa i właściciel podjął taką
decyzję, aby nie pisać na ten temat. A właściwie,
zdecydował się wydrukować rozmyty artykuł, nie mówiący
o żadnych terminów. Jak wszyscy wiemy, doszło do
tragedii. Później Sulzberger - wydawca NYT - spotkał
się z Kennedym i ten mu powiedział: „Gdybyście
przyjęli optykę interesów dziennikarzy, wówczas może
ocalilibyście Amerykę przed tym bałaganem”.
To miało bardzo duże znaczenie.
Czy nasze rządy i dziennikarze są z natury przyjaciółmi
czy też wrogami. Chyba ani jednym, ani drugim. Są
niczym dwaj aktorzy na tej samej scenie, odgrywający
swoje role, a relacje między nimi zmieniają się w
zależności od wydarzeń zewnętrznych. Można
powiedzieć, że politycy chcą kontrolować media,
dziennikarze z samej swojej istoty próbują się temu
opierać w miarę możliwości, próbując pokazywać
świat takim, jakim jest. Konflikty są nieuniknione i
zdrowe, ale musimy sobie zdawać sprawę z tego, że
interesy rządu i interesy mediów będą podobne i będą
też różne. Za każdym razem musimy uważać na to,
jaki to jest czas. Czy to jest ten czas wspólnoty,
czy czas rozchodzenia się interesów. I pytanie
dotyczące Polski – czy dzisiaj pobieglibyśmy
do druku z informacją, która natychmiast zagroziłaby
stosunkom Warszawy i Moskwy? Są kwestie bardzo
delikatne. I to właściwie powoduje, że dzisiaj Państwo,
tak jak wszyscy na całym świecie, musicie wyważać
pewne sprawy związane z komercyjnym aspektem działania
mediów, tego, co ludzie chcą kupować i tego, co chcą
wiedzieć, bo przecież ludzie kupują gazety z różnych
powodów. Chcą prostej informacji, która ich
przekonuje. Chcą informacji szczerej, ale też
sytuacje ekstremalne czy krańcowe. Uważam, że skończyły
się już czasy, niegdyś wyglądające na bardzo
trudne, ale w pewnym sensie były prostsze, bowiem
istniał łatwy podział na białe i czarne.
Jan Skórzyński: Michael Dobbs, jest też
korespondentem zagranicznym, spędził wiele lat w różnych
krajach świata, oczywiście znamy go świetnie z
polskich korespondencji, ale pisywał także
korespondencje z Chin, był w Pekinie na placu
Tienanmen. W Polsce znamy jego książkę o upadku
komunizmu.
Michael Dobbs: Tematem dzisiejszego spotkania są
dziennikarze i rząd. Chciałem poruszyć bardzo
aktualny temat, tak aktualny po wydarzeniach 11września.
Czy dziennikarze są patriotami, co oznaczy termin
„patriotyzm” w odniesieniu do
dziennikarstwa? Władze amerykańskie obecnie szafują
zarzutem niepatriotycznych postaw, oskarżają o brak
patriotyzmu osoby, które nie zgadzają się z linią
polityczną władz, obojętnie, czy dotyczy to
dziennikarzy, czy też kongresmenów. Czy zatem można
być dziennikarzem i jednocześnie patriotą? 11 września,
kiedy to samoloty uderzały w Pentagon i Światowe
Centrum Handlu, dziennikarze nie przyjmowaliśmy
postawy neutralnej. Dochodziło do walki, do konfliktu
pomiędzy wartościami amerykańskimi a wartościami,
którym hołduje Osama ben Laden. Stojąc przed tym
wyborem, przy wszystkich zapewnieniach obiektywności,
neutralności, wiadomo było, po której stronie się
znajdujemy. Wrześniowe wydarzenia były zagrożeniem
dla mnie, dla mojej rodziny, dla wszystkich wartości,
które są mi bliskie. Tego dnia wszyscy staliśmy się
Amerykanami, nawet nie mający obywatelstwa tego
kraju. Dan Rather (?), prowadzący wiadomości CBS,
powiedział wtedy, że jest do dyspozycji swego
naczelnego dowódcy, George’a Busha. Nie wiem,
czy dzisiaj powtórzyłby tę deklarację. Ścieżki
się rozeszły, a sytuacja bardziej się skomplikowała.
Pokazują to sondaże. Amerykanie zapytanie tuż po 11
września co sądzą o mediach i uznali, że prasa
dobrze pracuje. Uznało tak 80 procent respondentów.
W normalnej sytuacji te notowania byłyby znacznie niższe.
I dzisiaj te oceny są niższe. Jak powiedział Eugene
Patterson, mnie też nie przeszkadza, ponieważ, w
przeciwieństwie do polityków, nasza pozycja nie zależy
od notowań w sondażach.
W czasie, jaki upłynął 11 września, stało się
jasne, że rząd i media mają różne cele. Głównym
zadaniem mediów jest mówienie prawdy. Nie zawsze nam
to się udaje, jesteśmy poddani wielu naciskom, znamy
przykłady złego dziennikarstwa, kłamstwa w tym
zawodzie, ale przynajmniej taki stawiamy sobie cele.
Jeżeli chcemy być dobrymi dziennikarzami, powinniśmy
przedstawiać prawdę. Przedstawianie prawdy nie jest
jednak celem rządu. Być może, od czasu do czasu, rządowi
udaje się mówić prawdę, ale nie jest to celem
istnienia rządu. Właściwym celem jest promowanie
polityki rządowej i jej wdrażanie. Ja zresztą uważam,
się, że rząd amerykański mówi prawdę. Nie sądzę,
aby kłamał przez zęby, na pewno dochodzi do
manipulacji prawdą. Jak powiedział pewien rzecznik
prasowy Białego Domu: mówią prawdę, ale powoli. Mówią
prawdę w stosownej, dogodnej dla siebie chwili. Jak
też powiedział minister rządu brytyjskiego, mówimy
prawdę, ale nie mówimy całej, tylko część
prawdy.
Brad Graham o dziennikarzach, którzy podczas II wojny
dziennikarze wdziewali mundury. W tym czasie istniała
tożsamość interesów rządu i mediów, ale te
wygodne stosunki od dawna już się rozpadły. Trudno
wyobrazić sobie powrót do tego stanu. Od powrotu z
Europy Środkowej i Wschodniej do Stanów obserwuje
zmianę charakteru stosunków pomiędzy rządem a
mediami. Dochodzi do coraz większych konfliktów
interesów. Widzę to dobrze na przykładzie
Departamentu Stanu. Jednym z moich poprzedników był
Dan Oberdorfer. W jego czasach sekretarzem stanu był
George Schulz. Chętnie zapraszał on Oberdorfera do
biura i otwarcie przedstawiał swoje cele w polityce
amerykańskiej, licząc, że w ten sposób będą one
relacjonowane w sposób wyraźniejszy i jaśniejszy.
Kiedy ja zacząłem pracować jako korespondent w
Departamencie Stanu, ten rodzaj kontaktów, pewna
bliskość, była już nie do pomyślenia. Za
prezydentury Clintona czy Busha trudno wyobrazić
sobie dziennikarza, który miałby taką swobodę dostępu
i tak bliskie kontakty z przedstawicielami władzy. A
takie stosunki utrzymywały się jeszcze do połowy
lat 80-tych.
Naturalnie rząd i media miewają wspólne interesy.
Można nawet mówić o pewnej symbiozie pomiędzy
mediami a rządem. My potrzebujemy rządu jako źródła
informacji, władze nas potrzebują do przekazania
tego, co rząd ma do powiedzenia. Jednak ten przekaz w
ostatnich kilku latach bardziej przypomina manipulację,
coraz częściej mamy do czynienia z technikami
znanymi z public relations, czy z reklamy. Władze państwowe
posługują się tymi technikami, by przekazać to, co
mają do powiedzenia, dbając jednocześnie o
przekazane tego we właściwy sposób. Wszelkie rządy,
czy republikanów, czy demokratów, coraz bardziej
kontrolują dostęp do informacji. Z prezydentury na
prezydenturę ta kontrola sprawowana przez rząd jest
coraz ściślejsza. Są zatem punkty wspólne i punkty
rozbieżności. Myślę, że mamy pewną wspólnotę
interesów, nie tylko z władzami amerykańskimi, ale
również z władzami polskimi.
Na przyjazd do Polski w sierpniu 1980 roku otrzymałem
dwutygodniową wizę. Termin jej ważności kończył
się 17 sierpnia, a ja 15 pojechałem do stoczni gdańskiej.
Wiza mi się kończyła, można było uznać, że jako
kłopotliwy dziennikarz zachodni mogę zostać
wydalony. Władze by powiedziały: wiza się panu skończyła,
do widzenia. Ale zdarzyła się dziwna rzecz. Zamiast
powiedzieć: wiza się skończyła i musze wyjechać,
ówczesne władze Polski przedłużyły jej ważność,
co prawda, tylko na trzy dni. Musiałem zatem kursować
między Gdańskiem i Warszawą. Ale co skłoniło rząd
polski do przedłużenia mi wizy w sierpniu 80 roku?
Dlaczego rząd dawał wizy korespondentom
zagranicznym? Nie dlatego, że zależało im na
przekazaniu prawdy, ale istniał splot różnorodnych
zakulisowych wydarzeń, czynników, z których nie
zawsze zdawaliśmy sobie sprawę. Trzeba było sobie
zdawać sprawę, co się działo wówczas w szeregach
władzy. O dyskusjach, jak zareagować na wydarzenia w
stoczni. Były skrzydła władzy partyjnej, którym
zależało na obecności zagranicznej prasy. Myślę
też, że władze polskie były zainteresowane obecnością
amerykańskich dziennikarzy w stoczni, ponieważ za
naszym pośrednictwem przekazywali pewne informacje
Moskwie. Mówili, że sprawy w Gdańsku są bardziej
skomplikowane niż można zakładać i bardzo trudno
byłoby władzom polskim zakończyć strajk. Władz
chciały przekonać towarzyszy w Moskwie, że sytuacja
zmusza ich do porozumienia z Solidarnością. W
sierpniu 1980 roku władze polskie nas potrzebowały.
Doszło do tymczasowej zbieżności interesów pomiędzy
nami a władzami polskimi. Pozwolono nam pisać
korespondencje ze stoczni.
Wracając do kwestii patriotyzmu. Patriotyzm przybiera
różne postacie. Dziennikarz inaczej widzi patriotyzm
niż przedstawiciel władzy. Z punktu widzenia
dziennikarza po szoku, jakim były wydarzenia 11 września,
naszym obowiązkiem jest mówienie prawdy tak, jak ją
postrzegamy. Ukrywanie jej byłoby nie patriotyczne.
„New York Times” postąpił nie
patriotycznie nie drukując informacji o planowanej
inwazji Stanów zjednoczonych na Kubę. Patriotyczna
postawa wymagałaby opublikowania tej informacji.
Naszym patriotycznym obowiązkiem nie jest ślepa
wiara w to, co mówi rząd, lecz kwestionowanie,
sceptyczne podchodzenie do wersji wydarzeń nam
przekazywanej, zadawanie pytań, krytykowanie polityki
rządowej. Odpowiadając na pytanie: „czy rząd
i media to partnerzy czy przeciwnicy?” powiedziałbym,
że jedno i drugie. Czasem jesteśmy partnerami,
czasem jesteśmy przeciwnikami. Jedno jest pewne, my
jako dziennikarze mamy inne cele i wyrażamy swój
patriotyzm w inny sposób.
Jan Skórzyński: John Tagliabue jest obecnie
korespondentem ekonomicznym dziennika „New York
Times” w Paryżu, wcześniej pracował w Rzymie,
Berlinie, Warszawie. Chciałbym zatem zapytać: czy w
sferze ekonomicznej interesy prasy i rządy są równie
rozbieżne, czy niekiedy się spotykają?
John Tagliabue: Przyjeżdżam do tej części
Europy od wielu lat. Jedna z moich pierwszych wizyt
pozwoliła mi zrozumieć w jaki sposób informacja i
wiadomości działają w praktyce. W latach 60-tych, będąc
jeszcze na studiach, miałem okazje odwiedzić Węgry.
Byłem w Budapeszcie. Nie mając pieniędzy zatrzymałem
się u pewnej wdowy z trójką nastoletnich chłopców.
W tym czasie miasta amerykańskie były miejscem
demonstracji na tle rasowym. Dochodziło do aktów
przemocy w gettach murzyńskich. Oczywiście władze
komunistyczne w Europie Środkowo-wschodniej to
wykorzystywały. W wiadomościach wieczornych
pokazywano długie relacje płonących przedmieść
miast amerykańskich i zamieszek ulicznych. Siedziałem
z tą rodziną, oglądaliśmy wiadomości wieczorne na
Węgrzech pełnych tych informacji. Siedzieliśmy
przed telewizorem, trzej chłopcy wpatrywali się w te
informacje. Zaczęli reagować. Jeden mówi,
„patrz chevrolet”, drugi mówi
„patrz biłyk”, a trzeci „patrz
cadillac z 66 roku”. Wtedy zrozumiałem, że
przesłanie, które trafia do tych młodych Węgrów
nie miało nic wspólnego z tym co chciała przekazać
oficjalna propaganda komunistyczna.
Wracając do podstawowego pytania „czy rząd i
media to partnerzy czy przeciwnicy”, muszę
powiedzieć, że trudno jest sprecyzować te relacje.
Pod koniec lat 80-tych, kiedy mieszkałem tu w Polsce,
w pewnym stopniu ówczesny rząd amerykański był dla
mnie partnerem, co uświadomiono mi wielokrotnie. Jest
pewna grupa ludzi, o których nie wspominano podczas
naszych dyskusji. Mówiliśmy o dziennikarzach amerykańskich,
mówiliśmy o dziennikarzach polskich, ale była też
grupa istniejąca pomiędzy nami. Wszyscy dziennikarze
amerykańscy mieli pracowników - kierowców, tłumaczy
czy fotoreporterów - i to oni byli bohaterami, którzy
dotąd nie otrzymali odpowiedniego uznania. Mieliśmy
amerykańskie paszporty wydane przez władze amerykańskie
i pod tym względem rząd amerykański otaczał nas
opieką i był naszym partnerem. John Darnton -
jeszcze przed rozpoczęciem tej dyskusji - przypomniał
mi o czymś dość znaczącym. Podczas stanu wojennego
w Polsce reporterzy zagraniczni nie mogli właściwie
niczego przekazać swoim redakcjom i ambasada amerykańska
pomagała im wysyłać relacje. Czyli wtedy obowiązywało
pewne partnerstwo. Chodziliśmy sobie spokojnie po
ulicach, mieliśmy za sobą wsparcie rządu amerykańskiego
a nasi pracownicy nie mieli nikogo. Pamiętam jakim
naciskom poddawano naszych kierowców, naszych tłumaczy,
ich rodziny na tym cierpiały. Grożono im
konsekwencjami, gdyby nie współpracowali z rządem.
Jeden z moich fotografów został aresztowany podczas
próby wejścia na teren stoczni gdańskiej. Był
poddawany ogromnym naciskom i szykanom. Na szczęście
miało to miejsce na wiosnę 1989 roku, trwały
rozmowy „okrągłego stołu”, ale nawet
wtedy zdarzały się dość nieprzyjemne sytuacje.
Wspominam o naszej współpracy z rządem, ponieważ
uważam, że zarówno my jak i Państwo, będziecie
musieli się kierować własnymi przekonaniami, własnym
poglądem. Zdarzają się sytuacje, kiedy jesteśmy
partnerami, znajdujemy się po tej samej stronie, co władze.
Będą też sytuacje, kiedy staniemy po przeciwnych
stronach barykady. Amerykanie również mogą
przypomnieć sobie szczytne momenty w historii, ale
dziennikarz działa w warunkach ciągłego napięcia.
Gene Patterson wspomniał o wprowadzonym w XVIII wieku
zapisie, że rząd nie może wprowadzić ustawy
ograniczającej wolności prasy. Ale już za następnej
prezydentury uchwalono ustawę upoważniającą do uwięzienia
wszystkich, którzy krytykowali rząd bądź
prezydenta. W Ameryce także mamy do czynienia raczej
z dążeniem do pewnego ideału niż z realizowaniem
tego ideału.
Pisze o sprawach gospodarczych, ale nie do końca znam
się na ekonomii. Kiedy zacząłem pracować jako
dziennikarz, jeden z moich przełożonych powiedział,
że dziennikarstwo to pisanie o rzeczach, które
zrozumiemy dopiero pojutrze. Myślę, że przykład
ostatnich lat daje nam pojęcie o tym, jak złożone są
kwestie dziennikarstwa ekonomicznego i gospodarczego.
W latach 90-tych miała miejsce dobra koniunktura,
wydawało się, że wkraczamy w nowy okres. Kraje
Europy Środkowo-wschodniej na tym skorzystały, ale
teraz cierpią, podobnie jak kraje na Zachodzie.
Konieczne jest pisanie nie tylko o kwestiach własności
mediów, ale też o korupcji. Wystarczy wspomnieć o
sytuacji gospodarki amerykańskiej, w której dochodziło
do przykładów strasznej korupcji przy milczeniu czy
bezczynności rządu. Na koniec wracając raz jeszcze
do początkowego pytania – partnerzy czy
przeciwnicy? – również powiedziałbym: ani
jedno, ani drugie. Istnieje trzecia droga, trzecia możliwość,
pewna etyka zawodowa, która zależy od okoliczności.
I to od okoliczności zależy, w jaki sposób
zareagujemy, od odwagi cywilnej, którą wykażemy w
danych okolicznościach.
Jan Skórzyński: Ostatni mówca - Jacek Żakowski
- da nam okazję powrotu na polskie i środkowoeuropejskie
podwórko. Jest ono autorem wielu tekstów prasowych,
programów telewizyjnych i programów radiowych. I,
jak żaden inny polski publicysta, towarzyszy polskim
przemianom ostatniej dekady. Chciałem go zapytać,
jak ocenia moment, w którym znajdujemy się dzisiaj?
Czy z punktu widzenia relacji między światem mediów
a światem władzy posuwamy się w Polsce do przodu,
czy też może stajemy w miejscu?
Jacek Żakowski: Niestety, sądzę, że w tych
relacjach nie ma wielkiego postępu. Wprawdzie minęły
emocje, które powodowały, że część mediów
intensywnie angażowała się po stronie części
polityki i partii, często ze stratą dla jakości
przekazu. Dzisiaj te pokusy są słabsze, ale po
stronie władzy, wśród polityków, niewiele się
zmieniło. Zacznę może od pewnej anegdoty. W 1989,
roku Obywatelskim Klubie Parlamentarnym powstała
inicjatywa zniesienia cenzury. Promotorką tej idei była
Barbara Labuda, na którą w pierwszej chwili - muszę
powiedzieć - prezydium popatrzyło dość srogo,
bowiem to był awanturniczy pomysł. Ale po kilku
dniach, może po tygodniu ten pomysł uzyskał
akceptację naszego kierownictwa - w tym czasie byłem
rzecznikiem prasowym OKP. Powstał pierwszy projekt.
Kilka osób brało udział w jego przygotowaniu. Następnie
doszło do spotkania z naszym rządem, nie z całym
oczywiście, ale z jego wysokimi przedstawicielami.
Barbara Labuda przedstawiła nasz pomysł. I wtedy
wysoki przedstawiciel tego rządu powiedział:
„Oczywiście, cenzura jest bardzo okropną rzeczą,
ale co będzie, jak oni zaczną wypisywać straszne
rzeczy o Związku Radzieckim?” Powstał wtedy
pomysł, żeby poczekać ze znoszeniem cenzury, tylko
ją złagodzić. To był pierwszy merytoryczny
konflikt między klubem a rządem Tadeusza
Mazowieckiego.
Ten konflikt nie trwał długo. Udało się, jak
wiadomo, cenzurę znieść. Ale obawa, że „oni
zaczną wypisywać głupoty” i przekonanie, że
administracja powinna mieć możliwość kopnięcia w
stolik i zapobieżenia takim nieszczęściom, trwa do
tej pory. Jeżeli żaden z kolejnych rządów, które
reprezentowały do tej pory już wszystkie opcje
polityczne, nie zdecydował się na przykład na
sprzedaż „Rzeczypospolitej” do końca, o
czymś świadczy. To nie jest tylko inercja. To
inercja wzmocniona pewną intencją. Jeżeli żadna większość
parlamentarna nie zdecydowała się na zmniejszenie
systemu politycznego powiązania publicznych mediów
też o czymś świadczy. Nie jest przypadkiem, że
wszystkie konstelacje polityczne, które były u władzy
w Polsce od 1989 roku zawsze próbowały - wraz z objęciem
władzy - coś w tych mediach zmienić. Rząd AWS-u na
początku swego istnienia chciał nowelizować ustawy,
teraz przychodzi nowy rząd i też ma swoje pomysły.
Niezwykła jest ta aktywność w budowaniu nie tyle ładu,
co systemu kontrolowania mediów. Ale te ciągoty do
zmian systemowych nie ujawniają się wprost, bowiem
żaden polityk w Polsce nie powie, że chce mieć
kontrolę nad mediami. Z tymi ciągotkami jest tak,
jak z dowcipem o wariacie, który myślał, ze jest
kotem. Człowiek ten wychodzi całkiem wyleczony i
nagle widzi biegnącego psa, wskakuje więc na drzewo.
Lekarz go pyta: „dlaczego to robisz, przecież
wiesz, że nie jesteś kotem?” „Ja
wiem” - ten odpowiada - „ale czy on to też
wie?” Przyjęto do wiadomości, że media
powinny być niezależne, ale ta wiedza nie jest
zinterioryzowana. Dużą część polskich elit
politycznych wie o tym, jednak mają poczucie, że
należy media mimo wszystko kontrolować. I wskakują
na to drzewo przy każdej okazji.
Dobrym przykładem jest niedawny pomysł ustawy
„antykoncentracyjnej”. Oczywiste jest, że
zapisy przeciwdziałające nadmiernej koncentracji
mediów jest potrzebny w demokracji. Wszędzie podobne
zapisy istnieją. Jednak rozsądny analityk doszedłby
do wniosku, że jeżeli wrzuci się „do tego
worka” zbyt wiele spraw, to nie uda się jej
uchwalić. Nie można uzyskać naraz piętnastu celów,
jednak politykom trudno było się powstrzymać przed
tym krokiem. W rezultacie tych działań ustawa,
zamiast służyć bardziej równomiernej dystrybucji
wpływów w świecie mediów, miała służyć czemuś
zupełnie innemu. Tym samym słuszny poniekąd interes
ucierpi, a ustawy antykoncentracyjnej pewnie nie będziemy
już posiadali.
Mamy w Polsce też na przykład fatalna praktykę sądową.
Wiem, że nasi amerykańscy koledzy też mają podobne
problemy. My mamy np. problem z AMWAY-em, który
wykorzystując zapis o zabezpieczeniu powództwa
faktycznie doprowadza do wprowadzania w Polsce cenzury
sądowej. Ale też więcej zapisów wynikających z
poczucia, że państwo powinno kontrolować obieg myśli
i idei. Mamy fantastyczny przepis o poniżaniu
naczelnych organów. Co więcej, nieuprzejmie
wypowiadający się o osobie sprawującej ważną
funkcję w państwie, nie zaś o samym organie,
podlega karze. I prokuratury wnoszą akty oskarżenia,
a sądy skazują na podstawie tego przepisu. Mamy
wreszcie przepisy o ochronie uczuć religijnych,
bardzo radykalne. Obecnie pewna artystka staje przed sądem
oskarżona przez prokuratora, nie z prywatnego powództwa.
Państwo ją ściga za pokazanie utworu, który komuś
się nie spodobał. Można powiedzieć, że dominuje
koncepcja państwa kontrolującego media, państwa mającego
prawo oceniać, co można powiedzieć w mediach, a także
państwa, które może wpływać na przekaz w Polsce.
Żadna poważna siła polityczna nie kwestionuje na
przykład silnie dominującej pozycji publicznych mediów
na rynku elektronicznym. Nie ma siły politycznej, która
by powiedziała: chwileczkę, a po co nam wielka
telewizja publiczna, sprzedajmy ją, zostawmy mały
kanalik. Publiczna, czyli państwowa telewizja musi
mieć dominującą pozycję i cała klasa polityczna
doskonale to rozumie. Ta postawa może dziwić zważywszy
na silne wpływy liberalne w polskiej gospodarce. One
jednak do tej sfery zupełnie się nie odnoszą.
Chciałem powiedzieć o jednej jeszcze sprawie: o
randze powiązań nieformalnych w Polsce. Moi przedmówcy
wyrażali tu przekonanie, że Polska wyszła z
poprzedniej epoki. Sądzę, że pod wieloma względami
ona tam dalej tkwi. I pod względem formalnym, i pod
względem kulturowym, i pod względem prawnym. Polskie
media lustrzanie odbijają emocje polityków. Objawia
się to w przekonaniu o potrzebie istnienia sprawczej
siły mediów - media nie jako sprawozdawca, tylko
jako kreator. Oczywiście, wszędzie można dostrzec
te pokusy. Afera Watergate jest fantastycznym przykładem
sprawczej siły mediów. Jest tylko pytanie jest często
i intensywnie używamy tego typu formuły. W Polsce używamy
jej bardzo często. Jeżeli jakiś dziennikarz albo
redakcja przynajmniej raz w roku nie obali jakiegoś
urzędnika, to czujemy, że nasza pozycja słabnie. Jeżeli
nie przewrócimy jakiejś ustawy, to jest fatalnie.
Nie się sprawdziliśmy. Można tę sytuację
akceptować, ale widzę tu jedno istotne zagrożenie
– takie dziennikarstwo upodabnia się do sportu,
zaś wiarygodność naszej krytyki słabnie, kiedy
staje się ona permanentna.
Jestem wdzięczny Panom za uwagi na temat relacji między
kapitałem a mediami. To jest nowe i bardzo intensywne
doświadczenie polskich dziennikarzy. Myślę, że
tutaj istnieje potrzeba poszukiwania jakichś norm,
nie tylko prawnych, bowiem te mamy nie najgorsze. Na
przykład ustawowa pozycja redaktora naczelnego jest
bardzo mocna. Nie wiem, czy w Ameryce redaktor
naczelny jest tak mocno ustawowo usadowiony. Myślę
tu przede wszystkim o normach obyczajowych dotyczących
relacji między właścicielem medium a
dziennikarzami. W trakcie sporu o ustawę „antykoncentracyjną”
znaleźliśmy się w dość kłopotliwej sytuacji.
Wszystkie media reprezentują interesy swoich
dysponentów - właścicieli albo sprawujących nadzór.
Telewizja publiczna bardzo wyraźnie wspiera projekt
rządowy, czy też go bardzo umiarkowanie go
krytykuje. „Gazeta Wyborcza” z kolei
krytykuje ten projekt, rzadko go chwaląc. Tam takie głosy
się nie pojawiają. I tutaj powstała pewna wątpliwość
– czy polscy dziennikarze odważyliby się, i
czy mają możliwość pisać teksty sprzeczne z
interesem ich wydawców? I czy jest system, który to
umożliwia? W miarę koncentracji mediów to pytanie
staje się coraz ważniejsze.
Jan Skórzyński: Swoją ostatnią kwestią
Jacek Żakowski dodał nowy temat do naszej dyskusji,
do której Państwa bardzo zachęcam.
Eugeniusz Smolar: Szereg problemów, które
podniósł Jacek Żakowski, bardziej przypomina
problemy w krajach europejskich, niż w Stanach
Zjednoczonych. Tytuły prasowe w poszczególnych
krajach Europy są bardziej wyraziste politycznie,
tworzone wedle pewnych ideologicznych podziałów.
Przykład – doskonale mogę sobie wyobrazić, co
w danej sprawie napisze ”Guardian” czy
„Independent” w Wielkiej Brytanii, co
napisze „Times”, a już na pewno „Daily
Telegraph”. I we Francji wiem doskonale, co
napisze „Le Figaro”, czy mogę się domyśleć,
co zjawi się w „Le Monde” czy „Liberation”.
I podobnie w Polsce. Temat umieszczony na pierwszych
stronach w jednej z gazet, w innej znajdzie się na szóstej
stronie w postaci małej notki. Ta sytuacja przypomina
w większym stopniu problemy i dylematy prasy
kontynentalnej, niż prasy amerykańskiej, gdzie
oczywiście są te podziały. Są owe „left of
center”, ale „left of center” w
Stanach brzmi zupełnie inaczej, niż „left of
center” w Polsce, we Francji czy w Wielkiej
Brytanii. To prowadzi do problemu podstawowego. Rządy
kierują się tym, co w polityce zachodniej określa
się jako „short termism”, tzn. „short
term gained”. Oczywiście, muszą myśleć o
wiarygodności, biorąc pod uwagę najbliższe wybory,
zaś prasa czy media muszą myśleć o wiarygodności
na znacznie dłuższy okres czasu. Z tym się wiąże
problem, jak reagować na przecieki płynące czasami
z bardzo wiarygodnych źródeł wojskowych, a szczególnie
ze służb specjalnych? We wszystkich krajach, również
w Polsce, tytuły na pierwszych stronach pochodziły
często z manipulowanych przecieków od strony służb
specjalnych. I ostatnia rzecz – otóż
dziennikarze też potrafią manipulować rządami. W
Stanach Zjednoczonych było bardzo mało wiarygodnych
informacji o pierwszych tygodniach polskiego stanu
wojennego. Niektórzy ludzie na Zachodzie mieli dostęp
do informacji, zbierali je na wszelkie możliwe
sposoby, dzięki przyjaciołom między innymi z
„Tygodnika Mazowsze”. Wykorzystaliśmy rząd
brytyjski do rozpowszechniania tych wiadomości,
ponieważ prasa brytyjska, bojąc się o swoją
wiarygodność, nie chciała podawać informacji nie
sprawdzonych. W związku z tym umówiliśmy się z
Foreign Office, że oni będą robili co dwa dni
briefingi, dzięki czemu prasa już pisała. Czyli można
było cały proces obrócić w drugą stronę.
Andriej Łoszyński: Jak Państwo sądzą, czy
właściciel gazety może być jednocześnie
redaktorem naczelnym?
John Darnton: Istnieje stare, żartobliwe
powiedzenie w świecie prasy. Mówi się, że wolność
prasy należy do tych, którzy ją posiadają. To
oznacza, że właściwie każdy może na domowego użytku
drukarce drukować, niezależnie od tego, czy to jest
Tom Pain, czy ktokolwiek inny. Każdy może to robić.
Wymuszanie tego podziału wydaje mi się dziwne.
Wydaje mi się, że w „New York Times”
istnieje bardzo zdrowy system. Rodzina, która jest właścicielem,
sprzedaje akcje, ale jest to specjalna kategoria
akcji, która zapewnia, iż właściciele nigdy nie
utracą kontroli nad tym majątkiem. A co daje ów
system? Wydawca może wyrażać swoją opinię na
stronach należących do wydawcy, na stronach
edytorialnych, przy czym są one bardzo wyraźnie
oddzielona od całej reszty gazety, która jest
niejako oczyszczona z opinii, oczyszczona z
subiektywizmu. Inaczej jest w prasie brytyjskiej gdzie
każdy tytuł ma swoje zabarwienie polityczne. Podobna
sytuacja była sto lat temu w Stanach Zjednoczonych. Wówczas
można było wskazać, że ta gazeta należy do tej
partii czy należy do kręgu tych zainteresowań
politycznych. Natomiast połączenie w jednym ręku
funkcji wydawcy i redaktora nie wydaje mi się szokujące
czy rażące. Oznacza jedynie, że na stronach
edytorialnych gazety pojawiają się określone
opinie, natomiast cała reszta jest bezstronna. Ale z
kolei istnieje pluralizm prasy, głosu opinii
publicznej, nie ma zatem obaw, że ta koncentracja w
jednym ręku będzie stanowić jakieś zagrożenie dla
wolności prasy. Jest też kwestia innego rodzaju.
„New York Times” wybił się na taką silną
pozycję, co powoduje, że wydawcy są bardzo
obiektywni.
John Tagliabue: Chciałem dodać coś do
wypowiedzi Johna Darntona. Sądzę, że wspomniana tu
różnica między Europą i Stanami Zjednoczonymi jest
bardzo ważna. Szczególnie dotyczy to Francji, ale
także całej Europy Zachodniej i Wschodniej. Początkowo
część tytułów była w ogóle partyjna. To jest
zupełnie inna sytuacja niż w Stanach Zjednoczonych.
My wywodzimy się z zupełnie innej tradycji. Dla nas
wiadomości, informacje są czymś użytkowym, użytecznym
dla ludzi, dla społeczeństwa. Nasza flagowa redakcja
- „Wall Street Journal” - od samego początku
jest pismem mającym pomóc społeczności zajmującej
się finansami. Chciałbym też odnieść się do
wypowiedzi Gene’a Pattersona. Jeżeli informacja
jest nieużyteczna dla potrzeb społeczeństwa, które
interesuje się ekonomią czy życiem publicznym, wówczas
społeczeństwo sięga gdzie indziej. W ten sposób
rynek lepiej koryguje swoje błędy i niedociągnięcia
niż sztywne, narzucone przepisy rozdzielające
sztucznie te rozmaite funkcje.
Jan Skórzyński: A czy Bradley Graham zechce
odpowiedzieć na pytanie o przecieki z Pentagonu?
Bradley Graham: Żałuję, że nie ma z nami
Donalda Rumsfelda, bo chętnie powiedziałbym to w
jego obecności. Nie wiem czy oglądaliście lub słuchaliście
Państwo konferencji z jego udziałem. On zawsze wyżywa
się na prasie za przecieki. Myślę, że powinien zdać
sobie sprawę, że przecieki są faktem od którego
nie uciekniemy. To po prostu element naszej
rzeczywistości. Natomiast należy pamiętać o jednej
sprawie. Niezależnie, czy przeciek dotyczy informacji
poufnych czy informacji wrażliwych politycznie, czy
jakichkolwiek innych informacji, próbujemy dociec
powodów, które kierują osobę dopuszczającą do
powstania takiego przecieku. Doszukujemy się drugiego
dna. Przecieki pochodzą ze źródeł anonimowych lub
pragnących takimi pozostać. Natomiast czytelnik musi
wiedzieć czy to jest przeciek jednej czy drugiej
strony, musi mieć jakąś orientację po co i
dlaczego ta informacja się pojawia. W Stanach
Zjednoczonych nagromadzono wiele doświadczeń w
radzeniu sobie z pojawianiem się przecieków
informacji ściśle tajnych, Niektóre mogą być
zaskakujące. W „Washington Post” - jeśli
chodzi o informacja poufne - zachowujemy więcej dla
siebie niż publikujemy. Na pewno zawsze wsłuchujemy
się w głos wysokiej rangi urzędników i oficerów
zanim puścimy coś do druku, szczególnie dotyczy to
informacji na temat służb wywiadowczych. Lecz
„Washington Post” - podejrzewam, że inne
duże redakcje - zastrzega sobie ostateczne prawo do
decydowania, czy coś znajdzie się w gazecie, czy też
nie zostanie opublikowane. To redakcja ma prawo
zdecydować o tym czy dana informacja może zagrozić
racji stanu Stanów Zjednoczonych. Często do takich
informacji dochodzi. My zdobywamy doświadczenia w tej
mierze. Podobnie dzieje się po drugiej stronie, po
stronie rządowej. Oni też coraz lepiej radżą sobie
z tym sytuacjami. Uczymy się tego, ponieważ przez
wiele lat informacje niejawne były nadużywane, częste
też były przypadki manipulowania informacjami. Stąd
wielokrotnie tej sprawie się przyglądano w senacie i
kongresie. Ilekroć dochodzi do takiej sytuacji, że
te informacje są nadużywane, pojawia się wahanie,
wstrzemięźliwość w posługiwaniu się takimi
przeciekami.
Stefan Bratkowski: Rozmawialiśmy o tym czy rząd
i media są przeciwnikami, czy też są partnerami.
Ale rząd, czy też szerzej klasa polityczna,
uczestniczą we wspólnej polityce i kulturze,
kulturze politycznych outsiderów, maja podobne
odruchy, podobne źródła informacji, często
konflikt między mediami a władzą odbywa się w środowisku
ludzi, którzy się znają, podzielają wiele ze
swoich poglądów. Widać to bardzo dobrze, kiedy
pojawia się na scenie nowa klasa polityczna, tak jak
podczas inwazji młodych republikanów na Kongres w
Stanach sześć lat temu, czy kiedy AWS objęła władzę
w Polsce. Nagle się okazywało, że stara klasa
polityczna i media wiele maja ze sobą wspólnego w
obliczu tej inwazji barbarzyńców. Jestem ciekaw jak
panowie ten problem widzicie i czy nie uważacie, że
z tego zakumplowania się klasy politycznej i mediów
nie wynikają zagrożenia dla jednych i dla drugich? Słuchając
Bradleya Grahama wspominającego stare, dobre czasy,
kiedy to dziennikarze szli na bój w mundurze i mieli
pełne wsparcie swojej armii, myślę, że ta tęsknota,
żeby na froncie wyglądać jak ci poważni chłopcy w
mundurach pozostała. W Bośni, będąc reporterem
bardzo młodego i biednego wówczas dziennika
„Gazeta Wyborcza”, szwendałem się po
drogach na piechotę, jeżdżąc czołgostopem, jeśli
ktoś chciał mnie zabrać, zobaczyłem któregoś
dnia potężny pojazd opancerzony z logo „New
York Times”. I w pierwszej chwili pomyślałem
czy „New York Times” jest po naszej
stronie czy też po drugiej. Owa tęsknota, żeby być
w lidze dużych graczy jest chyba mediom przyrodzona.
I poważniejsze pytanie do Johna Darntona. Historia o
tym jak „New York Times” nie opisał
nadchodzącą inwazji w Zatoce Świń, jest klasyka
dziennikarstwa, ale ta historia mogłaby się potoczyć
zupełnie inaczej. A gdyby inwazja się udała? Gdyby
na Kubie zainstalowano bardziej demokratyczny rząd,
czy nie mogłoby się zdarzyć, że któregoś dnia
Kennedy powiedziałby: „Wiesz, gdybyśmy to
opublikowali, to wyrządzilibyśmy straszną szkodę
bezpieczeństwu Stanów Zjednoczonych” . Czy nie
jest jednak tak, że tego rodzaju kwestie rozstrzygają
się ex post fact? Czy też uważa Pan, że media
powinny publikować co uważają za ważne i niech
historia rozsądzi kto miał rację? Konkretyzując,
jeżeli „New York Times” dzisiaj dowiedziałby
się, którego dnia i jakimi siłami uderzą na Irak,
czy opublikowaliby tą informację?
John Darnton: Co do kwestia kumplowania się i
więzi pomiędzy władzą a dziennikarzami, otóż te
nieformalne związki już nie istnieją. Zresztą, za
starych czasów korespondenci nie wkładali tego
munduru ze swego wyboru. Oni wkładali, bo musieli. To
samo dotyczy prezydentów. Roosvelt co piątek czy też
sobotę grał w pokera i zapraszał wtedy do siebie
reporterów. Podczas tych spotkań mógł wszystko
powiedzieć i było wiadomo, że nikt tego nie
wykorzysta. Fotografowie również chronili go, nigdy
nie pozwalając na opublikowanie zdjęć prezydenta na
wózku. Istniała wówczas siatka kontaktów koleżeńskich,
ale ona już się rozpadła. Co zaś się tyczy Zatoki
Świń, to był epizod, który zmienił psychologie w
tej gazecie. Ciężko powiedzieć, co by się stało
gdyby ta inwazja powiodła się. Natomiast chcę
podkreślić, że w którymś momencie każda redakcja
powinna wyznaczyć linię poza którą nie wykroczy,
twierdząc, mówiąc i myśląc, że to może zagrozić
bezpieczeństwu państwa. Na przykład, że
opublikowano informację na temat złamania przez
Amerykanów japońskich kodów.
Jeżeli dziennikarz naszego dziennika odkryłby, że
przeprowadzimy inwazję na Irak za dwa tygodnie, o 2
godzinie, to sądzę, że byłaby ogromna presja, żeby
tę informację opublikować. Byłyby kontakty na górze.
Nie sądzę, że nie doszłoby do jej ujawnienia. Co
się zaś tyczy się układów koleżeńskich, to one
prawie zupełnie zanikły. Jednak nie był zły
system. Uważam, że prowadziły one do sytuacji, w której
prasa wiedziała więcej i była bardziej
poinformowana. Dziennikarze, na przykład w sferze
moich zainteresowań, rozumieli system władzy i
praktykę władzy, nie było tego antagonizmu. Była
większa intymna wiedza na temat zakątków władzy.
Myślę, że politycy powinni mieć ten komfort
zapraszania dziennikarzy, tłumaczenia im swojej własnej
polityki. Były przecież czasy, kiedy korzystałem z
zaufania polityków. Było to dobre i dla nich, i dla
nas. Niestety ta relacja się zdegenerowała. Powstały
natomiast wzajemne antagonizmy.
Chciałbym zobaczyć nawrót niektórych koleżeńskich
układów. Nie wiem, co Pan dokładnie widział w Bośni,
natomiast chcę powiedzieć, że my chcemy się wtapiać
w szeregi żołnierzy amerykańskich na Bałkanach czy
w Iraku. My się nie ubieramy tak jak oni, nie wkładamy
ich mundurów, ale chcemy być blisko naszych żołnierzy,
bo dzięki temu mamy dostęp do informacji, które
przekazujemy. Kiedy jesteśmy na linii frontu, to jest
jednak szansa podania tego, co najważniejsze. Należy
powiedzieć jeszcze, że, ilekroć życie ludzkie zależy
od publikacji dziennikarza, to zasada jest prosta: nie
drukujemy.
Rzadko natomiast dochodzi do czarno-białego podziału.
Donald Rumsfeld zapowiedział wszczęcie dochodzenia
po opublikowaniu przez „New York Times”
koncepcji działań operacyjnych w Iraku. Był to
dokument pokazującego wielkość wojsk, zakładający
atak z trzech stron, czyli dotyczył spraw bardzo
zdroworozsądkowych i będących oczywistymi dla każdego,
kto spojrzałby na mapę tego kraju. Informacje te
pochodziły ze zbioru dokumentów tajnych, do których
dotarła redakcja. Nie sądzę, aby ktoś z nas wahałby
się z publikowaniem informacje na takim poziomie ogólności.
To jednak rozgniewało Rumsfelda. Wszczął
dochodzenie, ale dotychczas nie udało się znaleźć
źródła tego przecieku.
Chciałbym uderzyć w bardziej sceptyczną nutkę i
powiedzieć, że w Stanach Zjednoczonych przecieki
nigdy nie dają nigdy nikomu korzyści osobistych. Nie
pamiętam, żeby ktoś na tym skorzystał. Nikt nie
przekazuje wiadomości bezinteresownie. Jest układ
współdziałania w tym procederze. Poza tym brak
konsekwencji, tych wielkich konsekwencji
geopolitycznych tego procederu. Powiem może inaczej.
Kiedy pracowałem przy sprawie związanej z al-Kaidą,
dochodziło do konfliktów. Koledzy w Waszyngtonie
pozyskiwali informacje ze źródeł oficjalnych a do
moich obowiązków należało pokazanie opinii rządów
europejskich, które nie zawsze zgadzały się z linią
amerykańską. W wielu sytuacjach kwestionowano
wydarzenia w Stanach. Zresztą ja też miałem wątpliwości,
dlaczego niektóre informacje trafiają do prasy.
Ostatnia rzecz, którą chcę poruszyć. Czy
dziennikarze przyjmują rolę gwiazd? Powiedziałbym,
że mamy dziennikarzy i reporterów i zbyt wielu
naszych reporterów staje się dziennikarzami. Oczywiście,
ich praca jest bardzo ważna, ale to wszystko zaczyna
przybierać jakąś formę gwiazdorstwa. Może źle to
widzę, nie mam racji, ale pomyślałem, że
przedstawię Państwu swoją refleksję na ten temat.
Maciej Komar: Chciałbym nawiązać do
wypowiedzi Jacka Żakowskiego. Tu była mowa o
symbiotycznej relacji pomiędzy politykami, czy światem
polityki a dziennikarzami. Mam wrażenie, że w Polsce
osiągnęło to taką karykaturalną formę.
Dziennikarstwo żywi się polityką kosztem
relacjonowania tego, co się rzeczywiście w polskim
życiu się dzieje. Przejawem tego, moim zdaniem, są
te wszystkie poranne wywiady z politykami, które
pojawiają są we wszystkich stacjach poczynając od
publicznych poprzez prywatne. Po kilku tygodniach
pobytu w Polsce, dokładnie wiem co każdy z tych
facetów powie. I nie wydaje mi się, żeby to miało
jakąkolwiek wartość informacyjną poza kreowaniem
sztucznego świata polityki, jak powiedziałem kosztem
informowania o życiu. Chciałem zapytać Jacka Żakowskiego,
czy podziela te opinię i z czego się bierze to
zjawisko?
Jacek Żakowski: Sądzę, że jest kilka
przyczyn. Po pierwsze, jak wiadomo, przeżywamy kryzys
autorytetów w polskim dziennikarstwie. Miejsce, które
zajmuje w mediach elektronicznych autorytatywny
komentarz pana z siwymi włosami i lekko przyćmionym
głosem u nas musi wypełniać coś innego. Ale zapełnić
to miejsce nie jest łatwo. Jednak z punktu widzenia
menadżera mediów jest stosunkowo prosto można zapełnić
to miejsce rozmową polityczną. Problem polega nie na
tym, że to jest rozmowa, bo ona jest ciekawą formą
we wszystkich mediach elektronicznych i nie tylko, ale
jakiego rodzaju ma to być rozmowa. Jeżeli coś
ciebie między, to nie rozmawianie tylko słuchanie
infotaimentu, bo to jest ten nowy gatunek, który w
dziennikarstwie, także w Polsce już istnieje.